Wojsko nie pyta
Żuła obiad bez cienia przyjemności. Syntetyczna kasza. Wolała nie zastanawiać się, jak ją wytworzono przy niemal całkowitym braku naturalnych surowców. Nie chciała wiedzieć, co służyło za zamiennik. Gdy była młodsza, słyszała plotki o plastiku, ziemi, mielonych owadach, a nawet ludzkich odpadach czy częściach zwłok. Najbardziej przerażało ją to, jak prawdopodobne wydawały się te teorie.
Gdy usłyszała wołanie, połknęła resztę porcji, nawet nie przegryzając ziaren. Przynajmniej nie musiała czuć ich smaku. Wrzuciła talerz do wspólnej misy z mętną wodą i wybiegła ze stołówki.
Pracowała w fabryce elementów metalowych – spawała siatki, przygotowywała narzędzia i broń. Ponieważ zakład znajdował się blisko Rezerwatu Biologicznego, ich głównym odbiorcą było wojsko. Narzucało to surowy rygor produkcji — rzadko kiedy wytwarzali przedmioty, które mogłyby przydać się cywilom.
Nasunęła maskę, poprawiła ciężkie rękawice i zabrała się do roboty. Spawała potężne pręty, a następnie wyginała je w konstrukcje łukowe. Od narzędzi bił nieznośny żar, ale powtarzalność ruchów pozwalała jej odpłynąć myślami. Choć w zasadzie nie miała o czym myśleć. Wykonywała pracę mechanicznie, czując w głowie tępe drętwienie. Dopiero głośne wycie syreny wyrwał ją z letargu. Jej zmiana dobiegła końca; do pracy przystępował kolejny zespół.
Z westchnieniem ulgi zdjęła maskę spawalniczą i wróciła do szatni. Odłożyła odzież ochronną, zrzuciła przepocone ubranie i razem z innymi skierowała się pod prysznice. Mieli dokładnie dwie minuty na zmycie z siebie brudu, potu i smrodu spalenizny. Po tym czasie woda bezlitośnie się wyłączała. Słyszała, że w innych zakładach ten limit wydłużono do czterech minut, ale tutaj, z uwagi na ogromne zapotrzebowanie wojska, dyrekcja nie mogła pozwolić pracownikom na podobny luksus.
Po wszystkim narzuciła czyste ubranie i pospiesznie opuściła fabrykę. Rezerwat znajdował się kilka kilometrów dalej, ale nawet stąd widziała majaczące na horyzoncie ogromne mury i wojskowe wieże strażnicze. Skręciła w odpowiednią uliczkę i idąc wzdłuż ogrodzenia, dotarła do szkoły przyfabrycznej. Rodziny pracowników miały pierwszeństwo w zapisywaniu tam dzieci i rodzeństwa – był to główny powód, dla którego podjęła tę morderczą pracę.
Alex, jej młodszy brat, wybiegł z budynku z radosnym krzykiem, gdy tylko ją dostrzegł. Skinęła nauczycielowi na powitanie, lecz nie wdawała się w rozmowę. Mimo kąpieli wciąż czuła się brudna i lepka od pyłu.
Przez całą drogę Alex rozprawiał o lekcjach. Chłopiec skończył właśnie sześć lat i po wstępnych badaniach przydzielono go do pierwszej klasy. Opowiadał z zapałem, jak nauczyciel wykorzystywał ekrany i rzutniki. Dobrze to pamiętała. System używał zaawansowanej technologii oraz sztucznej inteligencji, by obrazować każdy temat – od matematyki po geografię. Biologię poruszano rzadko. Czasami wspominano o anatomii człowieka, znacznie częściej o medycynie ratunkowej i pierwszej pomocy. Ta wiedza przydawała się zbyt często, choć chroniczny brak leków sprawiał, że nawet najsprawniejszy opatrunek był jedynie odraczaniem wyroku.
Minęli grupę turystów. Alex, mimo że widział ich wielokrotnie, znów odprowadził ich zaciekawionym wzrokiem.
–Wera.– zagadnął.– Dlaczego oni ciągle tu przyjeżdżają?
– Doskonale wiesz.– odparła, wzruszając ramionami.– Przez Rezerwat.
– Ale przecież nie mogą wejść do środka. Oglądają tylko mur?
– Tylko tyle wolno im zobaczyć. Tak samo jak nam.– przytaknęła.
– Dlaczego nikogo nie wpuszczają?– dziwił się chłopiec.– Przecież mogliby tylko popatrzeć.
– Nie wiem.– ponownie wzruszyła ramionami.– Może stanowiliby zbyt duże zagrożenie dla roślin?– gdybała.
Turystyka wokół muru kwitła. Ludzie tłumnie ściągali z całego kraju i zza granicy, by podziwiać potężne obwarowania, wysłuchać legend o jedynym ocalałym miejscu na Ziemi i kupić towary, które rzekomo zawierały to, co hodowano w środku. Na opakowaniach najdroższych produktów producenci chwalili się jednoprocentową zawartością substancji roślinnych. Wera wiedziała, że to kłamstwo. Często nie dodawano tam ani grama natury, a „roślinny ekstrakt” był jedynie zręczną podróbką chemiczną.
Dotarli do mieszkania – kawalerki w piwnicy, wydzielonej z dawnych magazynów. Niewielkie lufciki pod sufitem ledwo wpuszczały szare światło. W jednym pomieszczeniu mieściło się łóżko – z każdym dniem coraz ciaśniejsze dla nich obojga – stół, aneks kuchenny i szafa. W drugim znajdowała się mikroskopijna łazienka. Wera natychmiast weszła pod prysznic, ale i tutaj licznik był nieubłagany: po dziewięćdziesięciu sekundach woda przestała płynąć. Wojsko zabierało niemal każdy litr zasobów, choć trzeba było im przyznać, że za pracę płacili uczciwie.
***
Oficjalnie mówiono, że Rezerwat służy całemu społeczeństwu: produkcji leków i pożywienia. Wera nie miała jednak złudzeń – jego wytwory trafiały na stoły elity, miliarderów i polityków. Kiedy dowiedziała się, że to ona dostarczy towar do wnętrza, poczuła dreszcz ekscytacji. Wyjazd z dusznej fabryki był nagrodą samą w sobie.
Razem z innymi pracownikami załadowała kraty i łuki na ciężarówki. Usiadła za kierownicą i ruszyła. Przed bramą główną wyrósł przed nią mur ogradzający Rezerwat – potężna konstrukcja pod napięciem, zwieńczona zwojami drutu kolczastego. Za pierwszą linią obrony znajdowały się dwie kolejne bariery z wielkiej płyty. Na wieżach strażniczych żołnierze nie spuszczali palców z języków spustowych. Strażnik sprawdził dokumenty, zadał kilka rutynowych pytań i dał sygnał do otwarcia. Brama uniosła się z głośnym, pneumatycznym świstem.
Wjechała do środka. Za każdym razem towarzyszyło jej to samo wrażenie: przekraczania granicy między martwą rzeczywistością a baśnią. Opuściła suchą, szarą scenerię miasta, by zanurzyć się w zielonym raju. To był ostatni obszar na planecie, gdzie wciąż tętniło życie, a konkretnie – gdzie królowały winorośle.
Nic innego nie było w stanie przetrwać w glebie. Żadna roślina, nawet chwast, nie wyrosła z ziemi od setek lat. Nic poza winogronami na terenie Rezerwatu. Pnącza opanowały wszystko: od ścian budynków po ławki i latarnie. Oplotły chodniki, anektując każdą płaszczyznę. Nikt im nie przeszkadzał – wręcz przeciwnie. Rozmieszczone wszędzie metalowe łuki, które produkowali w jej fabryce, służyły roślinom za szkielet do dalszej ekspansji.
Powietrze tutaj było inne. Czyste, niemal słodkie. Mimo cynizmu, który zdążył już zatruć jej serce, Wera poczuła przemożną chęć, by zostać tu na zawsze. Jedno spojrzenie na tabliczki informujące o zakazach i surowych karach szybko sprowadziło ją jednak na ziemię. Dawne bloki mieszkalne zajęli żołnierze, a w budynkach urzędowych i dawnych galeriach mieściły się teraz laboratoria oraz linie produkcyjne przetwarzające drogocenne owoce.
Poza wojskiem w Rezerwacie pracowali laboranci, naukowcy oraz personel techniczny. Znaczna część zbiorów była transportowana w nienaruszonej formie do innych miast i krajów – zawsze pod ścisłą eskorta wojskową. Z uwagi na astronomiczną wartość towaru konwoje miały rozkaz strzelać bez ostrzeżenia do każdego, kto spróbuje je zatrzymać. Kilka takich incydentów skończyło się rzezią, co skutecznie ostudziło zapał większości rebeliantów i złodziei.
Oficjalne komunikaty naukowe głosiły, że wielokrotnie podejmowano próby przesadzenia sadzonek w innych częściach świata. Wszystkie kończyły się fiaskiem – rośliny obumierały w ciągu kilku godzin od opuszczenia murów. Mimo nieustannych prac nad modyfikacjami genetycznymi i wzmacnianiem struktury komórkowej natura pozostawała nieugięta. Winorośle akceptowały wyłącznie glebę Rezerwatu. W ten sposób stał się on biologicznym wyjątkiem, anomalią drwiącą z praw przyrody.
W szkole uczono ją, że proces zagłady zaczął się ponad czterysta lat temu. Rośliny zaczęły masowo obumierać, aż w końcu całkowicie zniknęły z powierzchni globu. Tuż po nich wyginęły zwierzęta. Obecnie istniały tylko te nieliczne gatunki, które zdołały przystosować się do syntetycznego pożywienia. Jedynie owady przetrwały niemal bez szwanku – Wera była prawie pewna, że to właśnie ich zmielone pancerze i białko stanowiły podstawę obrzydliwej kaszy, którą karmiono masy.
Rozmyślania przerwał jej żołnierz. Zastukał w blachę samochodu i nakazał wszystkim wyjść. Strażnicy przeszukali pracowników i drobiazgowo skontrolowali ciężarówkę, mimo że dostawy odbywały się regularnie. Ostatecznie zabrali się za rozładunek, każąc wnosić towar do wyznaczonych boksów. Nie pozwalano im zostać ani sekundy dłużej, niż było to konieczne. Gdyby opóźniali wyjazd, warta szybko stałaby się agresywna. Podczas jednej z poprzednich wizyt Wera była świadkiem, jak krzykiem zmuszono kierowców do odwrotu. Widziała wtedy, jak żołnierze poprawiają chwyt na broni, gotowi otworzyć ogień przy najmniejszym oporze.
Wojsko nie zadaje pytań, gdy ma wątpliwości. Po prostu strzelają. W ten sposób stracili jednego z pracowników, który w wyniku wyjątkowej głupoty postanowił podejść do roślin oddalonych od głównej drogi o zaledwie dziesięć metrów. Wera nie wiedziała, czy zamierzał zerwać owoc, czy tylko przyjrzeć mu się z bliska. Padł jeden strzał. Trafili go precyzyjnie w głowę, a jego bezwładne ciało runęło na ziemię. Wojsko nie pyta. Nigdy.
Gdy zbierali rusztowania i wózki, czuła drżenie rąk. Ścisnęła mocniej kierownicę w nadziei, że opanuje ten odruch. Widziała strach w oczach współpracowników wrzucających sprzęt na pakę. Gdy jej kolega wskoczył na miejsce pasażera, nie czekała nawet, aż zatrzaśnie drzwi – ruszyła gwałtownie, wykręcając na niewielkim rondzie, które za każdym razem wskazywali jej strażnicy.
Gdy tylko wyjechali za bramę, odetchnęła z ulgą. Natychmiast poczuła, jak zmienia się smak powietrza.
***
– Alex!– krzyknęła, przekraczając próg mieszkania.
Brata odebrała sąsiadka, ponieważ Werze wyznaczono dzisiaj dłuższą zmianę. W takie dni chłopiec czekał na nią grzecznie, aż wróci z zakupami i przygotuje kolację. Już sam fakt, że nie powitał jej przy drzwiach, wydał jej się złowrogi. Zwykle biegł w jej stronę ze śmiechem. Próbowała uspokajać się myślą, że pewnie ogląda telewizję albo za bardzo pochłonęła go zabawa.
Upuściła torbę z zakupami, gdy zobaczyła go na kanapie – bladego jak ściana i ledwo przytomnego. Doskoczyła do niego, zasypując go pytaniami i błaganiami o odpowiedź.
– Niezbyt dobrze się czuję... – sapnął.
Przy każdym oddechu, który łapał z widocznym trudem, z jego gardła wydobywał się świszczący charkot. W tym świecie każdy miał problemy z układem oddechowym i zdążył się do tego przyzwyczaić, ale stan chłopca wskazywał na coś innego – coś, co Wera znała aż nazbyt dobrze. Dotknęła jego czoła, chwytając się ostatnich strzępów nadziei, że to tylko chwilowy napad astmy. Przecież to się zdarzało – dzieci biegały, mocniej wciągając zatrute powietrze. Nic z tego. Jego skóra była gorąca, wręcz parzyła.
– Wszystko będzie dobrze.– mówiła gorączkowo. Nie wiedziała, czy uspokaja jego, czy samą siebie.
Wybiegła z mieszkania. W drodze do apteki mimowolnie przypominała sobie kolejne stadia choroby rodziców: jak cierpieli, nie mogąc złapać tchu, jak z dnia na dzień słabli, jak gorączka wypalała ich od środka i jak ostatecznie umarli z wyczerpania. Nie dopuści, by to się powtórzyło. Ciężar w jej piersi zapłonął nie tylko rozpaczą, ale i gniewem. Otworzyła drzwi apteki tak gwałtownie, że metal zachrzęścił nieprzyjemnie. Podeszła do okienka, ignorując kolejkę.
– Potrzebuję leków na Zadusznik!– niemal krzyknęła do farmaceutki.
Oficjalna nazwa tej choroby brzmiała Pulmonara Umbra – Cień Płuc. Sugerowała powolne wygaszanie funkcji życiowych, jakby na narządy chorego kładł się mrok.
– Wera...– Farmaceutka spojrzała na nią ze smutkiem i frustracją.– Wiesz, ile ten lek kosztuje.
– Zapłacę!– zapewniła gorliwie.
– Wiesz, że nie tylko o to chodzi.– odparła cicho.– Zapasy są mocno ograniczone, mam listę oczekujących, którzy już za niego zapłacili. To nie do przeskoczenia.
– Chodzi o Alexa!– krzyknęła Wera.– On musi to dostać!– Jej głos załamywał się, mimo że w głębi duszy znała już wynik tej walki.
Bezsilność wywołała tylko większy gniew. Obiecywała, groziła i zaklinała się, wykorzystując wszystkie możliwe argumenty. Przez kolejny kwadrans wykłócała się z obsługą, aż w końcu musiała interweniować ochrona. Bezceremonialnie wyrzucono ją za drzwi. Z głośnym hukiem uderzyła o twardy chodnik.
Czuła się bezradna i samotna. Dokładnie tak samo jak w chwili choroby i śmierci rodziców. Jak mogłaby wrócić do domu i powiedzieć Alexowi, że nic nie może zrobić?
Z apteki wyszła druga farmaceutka. Szybko narzuciła na siebie brązową bluzę, tuląc się do niej, by odgrodzić się od chłodnego wiatru. Kucnęła przy dziewczynie i przez chwilę rozglądała się ukradkiem, sprawdzając otoczenie.
– Dochodzą do nas różne wiadomości od klientów.– stwierdziła cicho. Jej głos ledwo przebijał się przez szum ulicy.– Czarny rynek.– szepnęła. Patrzyła Werze w oczy tak intensywnie, że niepokój na moment wygrał z przerażeniem. Powolnym ruchem wstała z ziemi, otrzepała spodnie i raz jeszcze rzuciła krótkie:– Wiesz, gdzie jest.- po czym wróciła do budynku.
Wera nie zwlekała. Zerwała się z chodnika, lecz w pośpiechu poślizgnęła się i ponownie runęła na kamienne płyty. Niezrażona wstała i pobiegła dalej.
Czarny rynek znali wszyscy mieszkańcy biedniejszych dzielnic i większość funkcjonariuszy, ale nikt z tym nic nie robił. Wieści o tym, gdzie handlarze rozłożą się następnym razem, krążyły tak sprawnie, że reklama w telewizji byłaby zbędna. Mimo usilnych prób tych bardziej gorliwych policjantów podziemia nigdy nie udało się zlikwidować. Wera nie wiedziała, skąd handlarze czerpali informacje o nalotach – czy od opłaconych informatorów w policji, czy własnymi kanałami – ważne, że zawsze wiedzieli, kiedy zniknąć i gdzie się przyczaić.
Znała handlarzy z widzenia, choć ich relacje ograniczały się do zdawkowych komunikatów. Wszyscy o nich wiedzieli, lecz nikt ich naprawdę nie znał – kolejny absurd czarnego rynku i niepisana zasada, którą akceptowali wszyscy.
– Potrzebuję leku na Zadusznik.– rzuciła do mężczyzny, który uchodził za najskuteczniejszego w zdobywaniu medykamentów.
Odpowiedział jej śmiechem, nawet nie przerywając pracy. Z pieczołowitością rozpakowywał kartony, sprawdzał towar i przekładał go w głąb stoiska.
– Widzę, że masz dzisiaj szampański humor.– zadrwił.
– Wręcz przeciwnie.– syknęła.
– Jeśli chcesz taki towar, to trzymają się ciebie żarty.– rzucił, nie przestając chichotać.
Uderzyła pięściami w stół, aby wymusić jego uwagę. Udało się. Nie był przestraszony, raczej zaciekawiony; podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy.
– Czego za niego chcesz?– spytała wprost.
– Nie niszcz mojej lady.– odparł oburzony i strzepnął niewidzialny kurz ze spróchniałych, dziurawych desek.
– Podaj cenę.– naciskała, cedząc słowa przez zęby.
Mężczyzna odetchnął głęboko. Założył ręce na piersi i przez chwilę przyglądał jej się, mieląc w ustach resztki papierosa. Wera pamiętała, że ojciec kiedyś żartował, iż przy obecnej jakości powietrza palenie to jak wdychanie czystego tlenu. Odsunęła od siebie to wspomnienie.
– Chcesz życie? Musisz zapłacić życiem.– odparł poważnie, nie odrywając od niej wzroku. – Co masz na myśli?
– Kiść winogron.– rzucił.– Za to dostaniesz pełny pakiet leków, który zapewni wykurowanie jednej osoby.
– Winogrona...– syknęła, ściszając głos. Nie dopytywała. Jego spojrzenie mówiło zbyt wiele. Nie próbowała się kłócić; przytaknęła tylko, prostując się gwałtownie.– Szykuj towar – nakazała.
Odeszła szybkim krokiem. Marszcząc brwi, w głowie układała już plan.
***
Podziękowała sąsiadce i raz jeszcze wskazała, gdzie znajdują się jedzenie oraz leki – te same, które łagodziły tylko część objawów, nie przynosząc w rezultacie żadnej poprawy. Była tego boleśnie świadoma.
– Poradzimy sobie.– zapewniła starsza kobieta i uśmiechnęła się smutno.
Wera znała ten uśmiech. Widziała go u ludzi, gdy dowiedzieli się o chorobie jej rodziców. Sąsiadka jej współczuła; ona także znała już prawdę o przyszłości Alexa. Wera zacisnęła szczękę, ale szybko rozluźniła mięśnie twarzy, by niczego po sobie nie zdradzić.
– Wezwali cię tak nagle na nocną zmianę?– rzuciła starsza kobieta, przygotowując sobie ciepły napój.
– Ktoś zachorował.– odparła krótko Wera, machając ręką. Czasami tak się zdarzało, a ona musiała być pod telefonem. Zwykle nie odmawiała, bo za nadgodziny płacili znacznie lepiej.
Sąsiadka przytaknęła i czule pogłaskała ją po włosach. Wera dostrzegła w jej oczach ból. Zarówno ona, jak i Alex byli dla tej kobiety niczym własne dzieci, które straciła tuż po narodzinach – w wyniku zanieczyszczenia środowiska śmiertelność niemowląt była tu normą.
Z trudem opuściła chorego brata, ale nie miała wyboru. Wiedziała, dlaczego handlarz żądał akurat winogron. Za całą kiść mógłby urządzić się do końca życia. To był najcenniejszy towar świata, dla którego ludzie zabijali i dawali się zabijać. Za jedno winogrono można było kupić majątek, władzę i – jak się okazało – życie. Zadusznik był chorobą pospolitą, lecz bezlitosną. Dzięki pełnej kuracji chory dochodził do siebie w miesiąc, ale leki pozostawały nieosiągalne dla zwykłych ludzi. Większość umierała samotnie, w ciszy, walcząc o każdy oddech. Wera wiedziała, że handlarz ją wykorzystuje, lecz pełen pakiet medykamentów był wart każdej ceny. Jedna dawka niczego by nie zmieniła – choroba wróciłaby po kilku tygodniach. Tylko cała kuracja dawała Alexowi szansę.
Kilkoma autobusami dotarła na obrzeża miasta, a resztę drogi przez pustkowia pokonała pieszo. Nad rzeką przebrała się i ukryła codzienne ubranie. Została w czarnym stroju, mając nadzieję, że w mroku stanie się niemal niewidzialna. Wciąż miała pod powiekami obraz zastrzelonego kolegi, który podszedł o kilka metrów za blisko.
Przełknęła ślinę i ruszyła przed siebie. Odeszła od drogi w stronę ogrodzenia, które w nocy przypominało czarne wrota do piekła. Z oddali dobiegały stamtąd odgłosy pracy, sygnały maszyn i syk wentylacji. Światła wewnątrz nigdy nie gasły.
Gdy dotarła do samej bariery, bała się jej dotknąć. Nie znała się na systemach zabezpieczeń, ale podejrzewała, że beton może być pod napięciem lub naszpikowany czujnikami nacisku. Ponad godzinę zajęła jej wędrówka wzdłuż konstrukcji, aż w końcu odnalazła szparę, w której mogła się zmieścić. Najwidoczniej korzenie winorośli przebiły się przez mury, tworząc szczelinę, której jeszcze nie zdążono załatać. Dziękowała w duchu za czyjeś zaniedbanie podczas obchodu.
Ledwo się przecisnęła. Wewnątrz szczeliny mur nie parzył prądem, ale musiała czołgać się w mokrej, zimnej glebie i drapać o ostre odłamki pokruszonego betonu. Czuła, jak ich nierówna powierzchnia przebija materiał i tnie skórę do krwi. Zacisnęła zęby i parła dalej.
Wokół pnączy panowała ciemność. Widocznie nie chciano, aby nieustannie palące się światła sektora przemysłowego zaburzyły naturalny cykl roślin. Nie wiedziała, jakim cudem odgradzają je od blasku lamp, skoro nad sobą widziała niebo, ale w tej chwili mało ją to obchodziło. Oczy, przyzwyczajone już do mroku, pozwoliły jej przedostać się przez pierwszy ciąg pnączy. Nie wypatrzyła ani jednej kiści – pracownicy musieli zebrać wszystko. W panice rozglądała się wokoło, raz po raz zapuszczając się głębiej w gęstwinę. Musiała unikać strażników. Słyszała chrzęst żwiru i szczęk broni, gdy przemierzali patrolowe ścieżki – o ironio, te dźwięki pozwalały jej w porę umknąć przed ich wzrokiem.
W końcu ją znalazła – niewielką, głęboko fioletową kiść soczystych winogron. Gdy ich dotknęła, uderzyła ją ich delikatność. Wiedziała, że gdyby ścisnęła je mocniej, rozerwałaby cieniutką skórkę pokrywającą owoce. Najostrożniej, jak umiała, umieściła zdobycz w torbie przy pasie. Jedno malutkie winogrono oderwało się od całości i zostało na jej dłoni.
Zawahała się. Czuła, jakby dotykała świętości. Nigdy nie była pobożna, ale ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Z drżeniem włożyła owoc do ust. Znieruchomiała, czekając – sama nie wiedziała na co. W końcu go przegryzła. Słodko-kwaśny smak natychmiast rozlał się na języku. Napięta skórka ustąpiła miejsca mięsistej, delikatnej strukturze. Coś chrupnęło między zębami – to pestki rozpadły się pod naciskiem, uwalniając nutę goryczy.
To nie przypominało syntetycznej kaszy, którą jadła całe życie. To nie przypominało niczego, co znała. W całkowitym oszołomieniu zaczęła płakać. Łzy spływały jej po policzkach, gdy przeżuwała ten niewielki owoc z najwyższą czcią.
***
Powrót był łatwiejszy. Odnalazła szczelinę w murze, przedostała się na zewnątrz, starannie zatarła ślady swojej obecności i zniknęła w ciemnościach pustkowia. Przy rzece zmieniła ubranie i sprawdziła, czy owoce nie ucierpiały. Dotarła do miasta, na miejsce kolejnej giełdy czarnego rynku. Czekała skulona pod ścianą budynku.
Deszcz zaczął padać tuż przed świtem. Krople spływały po jej włosach i ramionach. Chemikalia zawarte w wodzie parzyły skórę, ale Wera nie odeszła. Nie mogła. Nie miała czasu.
Handlarz zjawił się jako pierwszy i jako pierwszy zamarł z niedowierzaniem. Gdyby nie wycieńczenie, Wera czułaby dumę, że zdołała zaskoczyć kogoś takiego jak on. Mężczyzna obejrzał kiść, po czym bez słowa podał jej torbę wypełnioną buteleczkami i ampułkami.
– Masz, weź jeszcze to. Bonus za błyskawiczną dostawę.– dorzucił kilka większych flakonów.– To na odporność. Dzieciak będzie tego potrzebował.– stwierdził krótko.
Nie pytała, skąd wiedział. W jakiś niewytłumaczalny sposób ci ludzie zawsze wiedzieli wszystko. Nie interesowało jej to. Miała tylko nadzieję, że już nigdy więcej nie będzie musiała wracać w to miejsce ani patrzeć mu w oczy.
Dotarła do mieszkania biegiem. Wpadła do środka, sprawiając, że sąsiadka podskoczyła na fotelu, budząc się gwałtownie. Wera przeprosiła ją, tłumacząc, że spieszyła się przez deszcz. Ukradkiem schowała torbę za mebel, by nie prowokować pytań – nie chciała wciągać kobiety w swoje sprawy. Sąsiadka przygotowała jej ciepły napój i podgrzała kaszę, twierdząc stanowczo, że dziewczyna musi coś zjeść. Nie dawała się wyprosić. Wera byłaby jej wdzięczna za troskę, gdyby nie fakt, że miała teraz znacznie ważniejsze sprawy na głowie. W błyskawicznym tempie zjadła posiłek, wykręcając się zmęczeniem i sennością. Czuła poparzony język i gardło, ale uśmiechała się promiennie. Zdała sobie sprawę, że tego nie udaje. Naprawdę się cieszyła. W końcu docierało do niej to, co najważniejsze: jej brat przeżyje.
Gdy tylko sąsiadka wyszła, Wera dopadła do torby. Usiadła na podłodze i zaczęła czytać instrukcję dawkowania. Ciężko oddychała, odmierzając porcje i mieszając lek. Ręce jej drżały, ale uważała, by nie uronić ani kropli rozpuszczonego proszku. Gdy przygotowała pierwszą dawkę, podeszła do Alexa i podała mu lekarstwo. Delikatnie, lecz stanowczo wlała mu do gardła całą porcję. Chłopiec ocknął się na moment w gorączce, ale nie stawiał oporu. Dziękowała mu za to w duchu, choć wiedziała, że po prostu nie miał siły na reakcję.
Osunęła się na ziemię przy jego łóżku, opierając skroń o zimną, kamienną posadzkę. Deszczówka na skórze wciąż ją parzyła, ale zignorowała ból. Nic już nie miało znaczenia. Było po wszystkim. Z tą myślą zasnęła tuż obok brata.
***
Wzięła tydzień wolnego w pracy. Uprzedziła, że źle się czuje, a ponieważ zwykle była na każde zawołanie, pozwolili jej na to bez przeszkód. Opiekowała się Alexem – podawała mu leki, karmiła go (z początku zmuszając do jedzenia, lecz z czasem jego apetyt wrócił), kąpała, zmywając z niego pot, i dbała, by regularnie zażywał środki wzmacniające odporność.
Z satysfakcją obserwowała, jak wraca do zdrowia. Leki działały szybko; już następnego dnia gorączka spadła. Trzeciego dnia wszystkie objawy ustąpiły, choć chłopiec wciąż był osłabiony po przejściach. Wera wiedziała jednak, że to złudne – zniknęły jedynie symptomy, a choroba wciąż czaiła się w organizmie, czekając na okazję. Nie zamierzała jej na to pozwolić. Słyszała, że ci, którzy przeszli pełną kurację, nabywali trwałą odporność na Zadusznik.
Już drugiego dnia Alex zaczął dopytywać, jak udało jej się go wyleczyć. Dociekał, skąd wzięła leki, i nie dawał się zbyć. Zmyśliła histori

ę, ciesząc się, że małe dzieci wierzą we wszystko, co usłyszą.
Nastał dzień siódmy. Przygotowywała się do powrotu do fabryki. Alex miał pozostać w mieszkaniu pod opieką sąsiadki. Leki przyjmował rano i wieczorem, więc mogła spokojnie wrócić do swoich obowiązków. Cicho podśpiewując, pichciła posiłek w aneksie. Czuła, jak ogromny ciężar spadł jej z serca. Dziwiła się wręcz, że z tej ulgi nie zaczęła lewitować.
Pukanie rozeszło się po lokum. Nie, to nie było zwykłe pukanie – to było łomotanie do drzwi. Wera znieruchomiała. Alex, bawiący się na łóżku, spojrzał na nią z zaciekawieniem. Musiał jednak wyczytać coś z jej twarzy, bo w tej samej chwili przerażenie odmalowało się również na jego twarzy.
Krzyk zza drzwi rozwiał wszelkie wątpliwości: to było wojsko. Kazali jej wyjść z podniesionymi rękami. Podeszła do drzwi. Wiedziała, co to oznacza.
Wojsko nie pyta.








Komentarze