Droga 933
- Joanna eS.
- 16 cze
- 11 minut(y) czytania
– Witam was, kochani. Tutaj Michał z kanału UrbanEcho. Jest 24 września, godzina 20:15. Zaczynamy jedną z najważniejszych transmisji w historii tego kanału.– zaczął mężczyzna, starając się nadać swojemu głosowi ton głębokiej ekscytacji.
Michał mógł mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Jego pełne niespożytej energii krzyki w stronę telefonu, trzymanego na długim selfie sticku, wyraźnie na to wskazywały. Wykonywał przy tym energiczne ruchy wolną ręką, niemal kreśląc w powietrzu mapę przestrzeni, o której opowiadał. Jego blond włosy, nieco zbyt długie, co chwila opadały mu na czoło, gdy gwałtownie odwracał się to w stronę wąskiej, spękanej drogi asfaltowej, to w stronę gęstniejącego lasu i ciemniejącego na jego skraju budynku.
– Jak widzicie, przestrzeń jest niezwykle ciekawa. Ładny lasek, prawda? – Michał wykonał zwinny, niemal taneczny, a zarazem powolny piruet, aby kamera mogła zarejestrować każdy szczegół otoczenia. – Najbardziej fascynujące są jednak legendy, które narosły wokół tego miejsca. To one nas tu dzisiaj sprowadziły.
Stanął w taki sposób, aby za jego plecami – idealnie w kadrze – wyrastał opuszczony, niedokończony dom. Budowla wyglądała jak szkielet gigantycznej bestii porzucony pośrodku niczego.
– Historie mówią, że ten dom jest nawiedzony. Miejscowi, z którymi rozmawiałem w pobliskiej wsi, twierdzą z uporem godnym lepszej sprawy, że przebywa tu duch siedemdziesięcioletniej kobiety. Podobno nigdy nie opuściła tej działki.– wyjaśnił, a jego błękitne oczy rozbłysły w świetle diody doświetlającej.
Uśmiechnął się szeroko. Był youtuberem na tyle długo, by doskonale wiedzieć, jakimi środkami wzbudzić sympatię odbiorców i jak sterować ich emocjami.
– Szczerze? Nie wiem, co mam o tym myśleć.– kontynuował, przybierając maskę sceptyka.– Przypuszczam, że za legendarne „jęki” odpowiada wiatr huczący w pustych przewodach kominowych albo dzikie zwierzęta. Takie miejsca po prostu pobudzają wyobraźnię ludzi, którzy boją się ciemności. Ja się nie boję – zapewnił i ponownie odwrócił się w stronę domu. Zerknął w obiektyw.– A może powinienem?– zadrwił.
Skierował się pewnym krokiem w stronę domu – ciemnej, niepokojącej bryły uwięzionej między samotnymi, powykręcanymi drzewami. Z bliska budynek wyglądał jeszcze gorzej. Wybite okna przypominały puste oczodoły, a zrujnowane okiennice zwisały na zardzewiałych zawiasach, stukając rytmicznie o mur. Tynk zewnętrzny opadał płatami, odsłaniając surowe, chropowate powierzchnie pustaków. Michał przedzierał się przez wysoką trawę, suchą i twardą, która szeleściła złowrogo pod jego stopami. Nikt jej nie kosił od dziesięcioleci.
Dotarł do ciężkich drzwi. Ustąpiły z przeraźliwym, przeciągłym skrzypieniem, które niosło się echem po pustych korytarzach. Gdy tylko przekroczył próg, uderzył w niego gęsty, duszny zapach wilgoci, starej pleśni i kurzu. Wnętrze wypełniały resztki spróchniałych mebli i stosy gruzu. Ku jego zaskoczeniu pomieszczenia były całkowicie puste – nie znalazł tam nawet śladów obecności bezdomnych, którzy zazwyczaj uwielbiają takie pustostany. To miejsce wydawało się martwe w sposób absolutny.
– Jak widzimy, jest bardzo klimatycznie.– rzucił do kamery, starając się zachować luz. Nagle jednak kątem oka dostrzegł stary, wypalony znicz stojący w rogu pokoju. Poczuł, jak po kręgosłupie przebiega mu lodowaty dreszcz, ale natychmiast stłumił lęk. Skwitował znalezisko kpiącym uśmiechem.– Na razie mamy tylko scenografię horroru klasy B, ale brakuje głównego bohatera. Ducha. Spędzę noc w tym przybytku, aby sprawdzić, czy szanowna pani zechce mnie zaszczycić swoją obecnością. Najwyższy czas pokazać wam prawdę o takich miejscach.
Wyszedł ponownie na zewnątrz, by obejrzeć ogród. Otaczający posesję las wydawał się z każdą minutą coraz ciemniejszy i gęstszy. Każdy szelest, każde pęknięcie gałązki budziło w nim pierwotny lęk, który dom zdawał się tylko potęgować. Rozglądając się uważnie wokół, Michał nagle potknął się o wystający korzeń i runął na ziemię jak długi. Rzucił kilka soczystych przekleństw, których natychmiast pożałował – przecież wciąż trwał live.
Telefon upadł metr dalej, świecąc w niebo. Otrzepując ręce, Michał zauważył, że są czarne od sadzy. Zdał sobie sprawę, że wpadł prosto w pozostałości po ognisku. Obszar wokół był dziki i zarośnięty, ale sam popiół wydawał się pozostawiony wieki temu, a jednocześnie pozostał nienaruszony przez warunki pogodowe. Rozejrzał się uważnie. W trawie dojrzał gliniany garnek pokryty czarnym nalotem oraz stary, metalowy kociołek. Oba wyglądały na porzucone wiele lat temu, pokryte śniedzią i śladami czasu.
Błyskawicznie odzyskał rezon, podniósł kamerę i przybrał swój markowy uśmiech. Wyjaśnił widzom, że zaliczył właśnie „pierwsze bliskie spotkanie z ziemią” i zbliżył obiektyw do resztek ogniska.
– Zaczyna się wieczór.– westchnął, czując narastające znużenie i chłód. Zrezygnował z dalszego badania ogrodu.
Kamera rejestrowała trzaski dobiegające z kniei. Michał miał nadzieję, że to tylko sarny, choć dreszcze, które go przechodziły, mówiły co innego. Uspokajał go jedynie odległy, miarowy szum samochodów przejeżdżających drogą 933. Ta nić łącząca go z cywilizacją była teraz niezwykle ważna. Wrócił do auta po śpiwór i plecak, cały czas mówiąc do kamery, żartując i kpiąc z łatwowiernych łowców duchów. Zapowiedział jednak, że pozna prawdę i ukróci domysły. Jednak im mocniej próbował relacjonować każdy dźwięk, tym wyraźniej zdawał sobie sprawę, że las zaczyna odpowiadać mu coraz głośniej.
– Dobra, kochani.– stwierdził, gdy dotarł z ekwipunkiem do wybranego wcześniej pokoju na parterze.– Teraz umieszczam kamerę na kasku. To będzie widok z pierwszej osoby. Nic przed wami nie ukryję, niczego nie zmontuję. Zobaczycie dokładnie to, co ja.
Umocował telefon.
– To jest live. Jesteście moimi świadkami.– zapowiedział uroczyście. Wybrał najczystszy fragment podłogi i rozłożył śpiwór. Zapewnił widzów, że zamierza być czujny, choć budynek nie sprzyjał komfortowi. Brak szyb w oknach sprawiał, że przez pokój hulał mroźny wiatr. Przechadzał się po domu, oświetlając ciemne wnętrze latarką i opowiadając o swoich odczuciach. Nic jednak się nie wydarzyło, a z pewnością nic, co sugerowałoby aktywność paranormalną. Streamingował bez przerwy, odpowiadając na komentarze, dopóki przeszywające zimno nie zmusiło go do zaszycia się w śpiworze. Przez długi czas panował spokój. W końcu, znużony monotonią nocy, zapadł w niespokojny sen.
Obudziło go nagłe, intensywne ciepło, zupełnie niepasujące do mroźnego powietrza wdzierającego się przez okna. W nozdrza uderzył go gryzący zapach dymu. Z zewnątrz dobiegło go mamrotanie – rytmiczne, niskie, przypominające szamański śpiew zmieszany z szeptem. Włosy na karku stanęły mu dęba. Przez chwilę leżał w bezruchu, wsłuchując się w otoczenie, ale szybko zbeształ się w duchu. „Dajesz się wkręcać jak dziecko”, pomyślał.
– Słyszycie to? – szepnął do kamery, sprawdzając, czy stream wciąż działa. – Pewnie bezdomni wrócili do swojego obozowiska. Idę sprawdzić, z kim dzielę tę nieruchomość.
Wygramolił się ze śpiwora i wciągnął buty. Przeszywający ziąb zniknął bez śladu. Z zewnątrz biło nienaturalne, pomarańczowe światło – nie była to latarka, lecz potężny blask ogniska. Im był bliżej wyjścia, tym mocniej czuł dym i ciężki, korzenny aromat ziół.
Wyszedł przed dom, mrużąc oczy. W miejscu, gdzie wcześniej się przewrócił, płonął teraz wielki ogień. Trawa wokół niego wydawała się krótsza, jakby ktoś ją starannie wydeptał lub ubił w rytualnym kręgu. Przy płomieniach dostrzegł postać. Kobieta poruszała się rytmicznie, przestępując z nogi na nogę w dziwnym tańcu. Nad ogniem wisiał metalowy garnek – ten sam, który wcześniej wziął za bezużyteczny wrak. Youtuber sądził, że jest pęknięty, ale widocznie kobieta poradziła sobie z tym problemem. Teraz kipiał w nim gęsty wywar.
Kobieta wyglądała, jakby przybyła z innej epoki. Miała na sobie ciężki kożuch z owczej skóry, brązową, grubą spódnicę i lnianą koszulę pokrytą misternymi, geometrycznymi wzorami. W talii kilkakrotnie obwiązała się szerokim pasem tkanym z wełny. Na głowie nosiła czapkę z czarnej wełny, spod której wylewały się długie, ciemne włosy, niemal czarne w blasku płomieni.
Irytacja Michała wygrała ze strachem. Świadomość, że tysiące ludzi obserwują go w tej chwili, dodała mu animuszu. Postąpił dwa kroki naprzód, ale nagle zamarł. Po drugiej stronie ognia, niczym posągi wykute z mroku, siedziały dwa ogromne wilki. Obserwowały kobietę z nabożnym spokojem, tylko raz po raz rzucając w stronę Michała beznamiętne, żółte spojrzenia. Kobieta wrzuciła garść ziół do garnka i głośniej wymamrotała kilka słów, które brzmiały jak starożytne zaklęcia. Zupełnie go ignorowała.
– Hej! Co pani tu robi? – zawołał Michał, starając się, by jego głos brzmiał pewnie.– To prywatny teren! Czy to pani straszy ludzi w nocy?
Youtuber pomyślał, że może być głucha i nie zdawać sobie sprawy z jego obecności. Postanowił więc nawiązać z nią kontakt. Podszedł bliżej i chwycił ją za ramię. Kobieta znieruchomiała. Powoli, z niemal mechaniczną precyzją, odwróciła głowę. Michał poczuł, jak krew ścina mu się w żyłach. Jej twarz była naznaczona wiekiem, ale to oczy budziły największą grozę. Były ciemne, nieludzkie, pozbawione białek – wielkie, zwierzęce źrenice odbijały blask ognia zielono-srebrzystą poświatą, przypominającą łuski ryby.
Jęknął z przerażenia i odskoczył, jakby dotknął rozpalonego żelaza. Zaczął uciekać na oślep w stronę drogi, ale w panice znów się potknął. Uderzył głową o twardą, spaloną ziemię. Ciemność pochłonęła go natychmiast.
***
Budził się powoli, otulony zapachem dymu i ziół. Gdy rozchylił powieki, poczuł na sobie ciężar kożucha. Leżał przy ognisku. Próbował usiąść, ale tępy ból w skroni niemal doprowadził go do mdłości. Gdy dotknął głowy, wymacał wilgotny, pachnący ziemią i dymem opatrunek. Ktoś go opatrzył.
Rozejrzał się. Wilki siedziały tuż obok, pilnując go z sennym spokojem. Jeden nawet ziewnął przeciągle. Kobieta stała przy garnku, teraz już bez kożucha, w samej lnianej koszuli. Mimo swojego wieku była szczupła i zwinna. Zauważył za jej pasem kilka noży. Widok ostrzy sprawił, że serce podeszło mu do gardła. Kobieta sięgnęła po jeden z nich i z wielkim skupieniem zaczęła kroić mięso, wrzucając je do wywaru. Wpatrywała się w dym z taką uwagą, jakby czytała w nim przyszłość. Sięgnęła do glinianego garnuszka obok siebie. W garści trzymała suszone liście. Zamaszystym gestem wrzuciła je do ognia i wciąż mrucząc, nieprzerwanie przypatrywała się dymowi. Mruczała melodyjnym głosem, ni to śpiewając, ni to mówiąc.
– Jesteś... Czabanką.– wychrypiał Michał, przypominając sobie strzępy informacji o pasterzach, którzy kiedyś władali tymi ziemiami.
Na to słowo kobieta gwałtownie odwróciła głowę. Jej zwierzęce oczy przewiercały go na wylot. Michał spojrzał w stronę drogi – była pusta. Żadnych świateł, żadnego szumu opon. Czuł się, jakby został wyrwany z rzeczywistości. Z ognia posypały się tysiące iskier, co wzbudziło zainteresowanie kobiety. Równie nagle zwróciła wzrok w stronę ognia i wpatrywała się w niego, jakby coś z niego odczytywała. Michał wstał powoli i podał kobiecie kożuch, który z niego spadł. Przyjęła go bez słowa.
– Kim jesteś? – spytał drżącym głosem.
– Świat pędzi. Ludzie zapominają, ale natura pamięta. A my, czabani, jesteśmy jej głosem.
Pierwszy raz przemówiła. Miała ładny, kobiecy głos, który jednocześnie wydawał się lekko warczący. Mruczała przy każdym słowie. Hipnotyzowała go, uspokajała i intrygowała. Jej obecność była jak powiew świeżego powietrza, a jednocześnie przerażała niczym spotkanie z dzikim zwierzęciem.
– Wy... – jęknął. – Wy zniknęliście... dawno temu – przypomniał jej, jakby to było potrzebne i mogło zmienić rzeczywistość. Nie był jednak przekonany jak.
Odpowiedziała delikatnym uśmiechem, który rozjaśnił jej twarz. Ponieważ jednak uosabiała skrajności, ten wyraz twarzy przerażał go równie mocno, jak cieszył. Wciąż mieszała w garnku; zanim ponownie zabrała głos, minęła dłuższa chwila. Była to zaledwie sekunda czy dwie, ale youtuber czuł, jakby mijały całe godziny.
– Nie umarłam. Nie żyję. Jestem strażniczką czasu i miejsca. Jestem naturą, która przetrwa, i człowiekiem, który ginie .– zawiesiła głos, a jej wzrok stał się tak intensywny, że krew w żyłach Michała niemal zamarzła.– Krew plemienia wyschła, ale ziemia wciąż łaknie głosów. Kto wchodzi w dym, staje się dymem.
Michał przełknął ślinę. Czuł, że jego gardło stało się szorstkie niczym tarka, tak suche, że za chwilę rozpadnie się w pył. Cofnął się o krok.
– Nie niszczę – zapewniła, wyraźnie wyczuwając jego strach. – Ja czuwam i obserwuję.
Kobieta nabrała łyżkę gulaszu i przysunęła ją do twarzy. Michał spojrzał na zawartość i poczuł, jak żołądek mu się wywraca. W gęstym sosie, obok warzyw, widział muszlę ślimaka, ogon jakiegoś gryzonia i coś, co wyglądało jak miniaturowa, ludzka dłoń.
– Dlaczego tutaj? – wykrztusił.
– Ponieważ tutaj widzę najlepiej.
Nie powiedziała tego wprost, ale zrozumiał. To był punkt, w którym światy się stykają.
– Ty tu jesteś? Naprawdę? – jęknął, czując, że lęk zmienia się w przerażenie sięgające aż do kości.
– Ja tu zawsze byłam.– poprawiła go.– Ja tu zawsze będę. Niezależnie od czasu i przestrzeni.
Nagle przestrzeń wokół nich zaczęła wirować. Michał patrzył z niedowierzaniem, jak słońce i księżyc przemykają nad horyzontem w obłąkańczym tempie. Noc i dzień zmieniały się co sekundę. Ciemność błyskawicznie przechodziła w jasność, a ta wracała do ciemności. Samochody na drodze 933 stały się tylko smugami światła pędzącymi przez czas. Ludzie, pojawiający się i znikający, poruszali się jak na przyspieszonym filmie. Widział, jak drzewa wyrastają z ziemi, wypuszczają liście, żółkną i umierają w kilka chwil. Kwiaty wschodziły i więdły na jego oczach. Śnieg opadał i znikał niemal w tym samym momencie.
Tylko ona stała nieruchomo, poza nurtem czasu. Przeszywała go spojrzeniem. Jej duże, zwierzęce oczy wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że drżenia jego ciała przeszły w spazmy.
– Las patrzy! – mówiła, a jej głos nie był już melodyjnym wiatrem. Stał się chaotycznym sztormem, nieokiełznaną wichurą.

Michał wrzasnął i rzucił się do ucieczki. Panika pożerała go żywcem. Biegł przed siebie, a gałęzie chłostały go po twarzy, zrywając ziołowy opatrunek. Krzyczał. Wydawało mu się, że przebiegł już kilometr, a droga do samochodu nie ma końca. Powietrze gęstniało. Nagle poczuł, jakby przebijał bańkę; oblepiła go wilgoć, od której nie robił się mokry, i przedostał się przez niewidzialną barierę na drugą stronę. W jednej chwili nienaturalną ciszę zastąpił hałas przedmieścia i rytmiczny huk pobliskiej ulicy.
Wpadł do samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi. Oddychał tak gwałtownie, że rozbolała go głowa. Pulsowały mu skronie, a żołądek opanowały mdłości. Rozejrzał się wokół. Była noc. Odpalił silnik i na ekranie deski rozdzielczej dojrzał datę: 24 września. Odwrócił się w stronę domu, ale ten pozostał pusty. Tonął w ciemności. Żadnego ogniska. Żadnych wilków. Żadnej kobiety. Nikogo tu nie było. Nikogo poza nim – tak przynajmniej mogło się zdawać. Został jednak zapach ziół, który unosił się wszędzie dookoła. Przyłożył dłoń do nosa. Poczuł go bardzo intensywnie – to były zioła, którymi go opatrzono. Przez chwilę chciał wrócić po bandaż, którego nie widział w ciemności, ale był zbyt przerażony, by wysiąść. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł nawet nacisnąć pedału gazu.
Przypomniał sobie o kamerze. Drżącymi rękami rozpiął paski i zdjął urządzenie. Cofnął nagranie, czując serce uderzające o żebra. Myśli szaleńczo tańczyły mu w głowie. Zastanawiał się nad tym, co się wydarzyło. Pragnął mieć materiał na kanał, ale jednocześnie wahał się, czy urządzenie było w stanie cokolwiek zarejestrować. Najbardziej jednak pragnął dowodu, że nie oszalał.
Wideo przewinęło się do momentu, w którym w domu rozległy się tajemnicze dźwięki. Najpierw zatrzymał obraz, a potem wcisnął „play”. Widział swój śpiwór tonący w ciemności, zakurzoną podłogę i gruz. Słyszał swój głos. Narrator na filmie – którego teraz z trudem utożsamiał z samym sobą – wstał i oświetlając sobie drogę latarką, szedł w stronę dźwięku i jasnego światła sugerującego ognisko.
Im bliżej na nagraniu było do spotkania z tajemniczą kobietą, tym silniej waliło mu serce. Gdy jednak miał ją zobaczyć, obraz się rozmył. Wyglądało to tak, jakby nagranie niespodziewanie przyspieszyło; widział jedynie smugi i nieokreślone kształty. Trwało to krótką chwilę, aż w końcu obraz wrócił, choć poruszał się w sposób chaotyczny. To był bieg, który miał miejsce przed chwilą. Widział, jak wsiada do samochodu i rozgląda się wokół. Słyszał swój przerażony, rozpaczliwy oddech. Słyszał własny głos, gdy mówił do siebie.
***
Kilka tygodni później Michał, blady i z podkrążonymi oczami, znów usiadł przed kamerą.
– Witajcie na livie... – zaczął cicho. Przyznał widzom, że nie potrafi wyjaśnić, co stało się ze sprzętem. Na nagraniu z tamtej nocy widać było tylko wejście do domu, a potem obraz rozmywał się w kalejdoskop barw, jakby taśma przyspieszyła tysiąckrotnie.
Czytał komentarze o Czabanach, o ich magii i o Strażniczce Lasu z okolic Chorzowa. Wyprostował się i spojrzał prosto w obiektyw. Jego wzrok był teraz inny – ostry, trzeźwy i pozbawiony dawnej beztroski.
– Nie mam pojęcia, czym było to, co widziałem. Czy była to wiedźma, duch, czy może wynik autosugestii i zatrucia jakimś dymem.– wymieniał, zawieszając głos.
W sekcji komentarzy na żywo lądu przewijały się tysiące pytań, teorii i drwin, ale Michał już ich nie rejestrował. Patrzył prosto w obiektyw, a jego wzrok był teraz inny – ostry, nienaturalnie trzeźwy, pozbawiony dawnej beztroski.
– Wiem tylko jedno.– szepnął, a jego głos po raz pierwszy stracił ludzką melodyjność, podszyty niskim, ledwo słyszalnym warknięciem.– Od tamtej nocy las patrzy na mnie inaczej. Bo las... las już nie jest tam.
Przerwał nagranie jednym gwałtownym kliknięciem, nie czekając na reakcję widowni. W ułamku sekundy w pokoju zapadła absolutna, wręcz grobowa cisza.
Michał nie odłożył telefonu. Siedział nieruchomo w blasku gasnącego monitora, pozwalając, by mrok mieszkania zaczął go spowijać. Powoli uniósł dłoń i dotknął swojej skroni. Rany po uderzeniu nie było już od dawna, ale pod palcami wciąż wyraźnie czuł chropowatą, suchą strukturę ziemi i nieznośny, świdrujący w nosie zapach palonych ziół.
Wtedy to usłyszał. Za oknem jego wielkomiejskiego mieszkania, na czwartym piętrze betonowego bloku, zamiast szumu nocnego miasta rozległ się głęboki, rytmiczny trzask pękających gałęzi. Jakby coś potężnego przedzierało się przez niewidzialną gęstwinę.
Michał uśmiechnął się szeroko. Był to jednak uśmiech, który przeraziłby każdego z jego dwustu tysięcy subskrybentów. Skrajny. Zwierzęcy.
Mrugnął. W ciemności pokoju, tuż przed wyłączeniem się ekranu telefonu, w jego rozszerzonych, pozbawionych białek źrenicach odbił się nagły, czysty blask tańczącego, pomarańczowego ogniska. I dwa żółte, nabożnie spokojne ślepia, patrzące na niego z kąta pokoju.









Komentarze