R.04 – Biurowa Familiada
- Joanna eS.
- 4 dni temu
- 5 minut(y) czytania
cykl: Administracja: studium chaosu
Jak pewnie większość z nas, w ramach „podziękowania za pracę” usłyszałam kiedyś od przełożonych kilka wyjątkowo ciepłych słów. Dopiero podczas luźnej rozmowy ze znajomymi olśniło mnie, że te urocze frazesy to tak naprawdę uniwersalny zestaw ratunkowy każdego przełożonego – standardowe odpowiedzi na problemy pracownika, a momentami po prostu wyświechtane pseudo-hr-odzywki.
Postanowiłam zebrać te najpopularniejsze w moim życiu, które utknęły mi w pamięci i rzucić na nie nieco światła. Zobaczmy, co tak naprawdę „dają”, jak „głębokie” niosą ze sobą przesłanie i jak cudownie (oraz bezkosztowo!) potrafią zmotywować człowieka do dalszego wysiłku.
Pozycja 5: „Nic jeszcze nie zrobiłaś, a już chcesz pieniądze!”
Klasyk nad klasykami. Ta urocza uwaga pojawia się zazwyczaj w strategicznym momencie: kiedy na Twoje biurko ląduje stos nowych, dodatkowych obowiązków, a Ty – wykazując się skrajnym brakiem taktu – próbujesz zapytać o adekwatne wynagrodzenie.
Logika podpowiada, że skoro dotychczasowa pensja była ustalana na podstawie określonego zakresu zadań, to dorzucenie kolejnych powinno wiązać się z aktualizacją przelewu. Proste? Oczywiście, ale tylko w teorii. W praktyce wielu pracodawców wychodzi z założenia, że pracownik jest od „wszystkiego”, ze szczególnym uwzględnieniem pracowników administracyjnych, których czas i moce przerobowe są najwyraźniej z gumy.
Efekt? Na dźwięk słowa „podwyżka” szef reaguje głębokim zaskoczeniem, a czasem wręcz świętym oburzeniem. Stwierdzenie „czas to pieniądze” zaskakująco działa tylko w jedna stronę w kontakcie z przełożonym - kiedy pracownik ma poświęcić swój czas, nagle staje się on darmowym wolontariatem na rzecz sukcesu firmy. Kiedy w odpowiedzi słyszysz, że dodatkowego budżetu nie ma (albo że „porozmawiacie o tym w nieokreślonej przyszłości”), motywacja do nauki nowych procedur i brania na siebie kolejnych odpowiedzialności natychmiast skacze pod sam sufit. Szaleństwo, po prostu nie można się powstrzymać przed pracą w weekendy.

Pozycja 4: „Jest trudna sytuacja w firmie, a ty jesteś mało elastyczna…”
Ten argument wyskakuje z rękawa najczęściej w kontekście... permanentnie opóźnianych wynagrodzeń. O ile pojedynczą obsuwę wynikającą z losowych zdarzeń każdy potrafi zrozumieć, pod warunkiem, że pracodawca sam o tym uprzedzi i po ludzku przeprosi, o tyle traktowanie terminowej wypłaty jako „opcji dodatkowej” jest nie do zaakceptowania.
Kiedy w końcu decydujesz się postawić sprawę jasno i przypomnieć o fundamentalnej zasadzie: nie ma przelewu, nie ma pracy, w nagrodę otrzymujesz łatkę osoby „mało elastycznej” i „niegrającej do jednej bramki”. To doprawdy wisienka na torcie tej korporacyjnej logiki. Zresztą, z chęcią przeczytałabym oficjalny słownik pracodawcy – bo ta mityczna „elastyczność” natychmiast znika, gdy pracownik chce wyjść 15 minut wcześniej. Wtedy zasady nagle stają się twarde jak granit.
W takich momentach człowiek zaczyna się poważnie zastanawiać nad formą swojego zatrudnienia. Czy ja tu podpisywałam umowę o pracę na konkretnym stanowisku, czy nieświadomie zapisałam się na wolontariat w imię ratowania cudzego biznesu? Spoiler: rachunki za prąd i czynsz jakoś nie chcą być „elastyczne”. Banki też wyjątkowo sztywno podchodzą do terminów spłat kredytów. Jeśli znacie jakieś inne, bardziej elastyczne – chętnie je poznam.
Pozycja 3: „Nie płacę ci za to, żebyś się myliła!”
Kolejna złota myśl zarządzania poprzez stres. Oczywiście logika korporacyjna zakłada, że wraz z podpisaniem umowy o pracę człowiek automatycznie zrzeka się swojej ludzkiej natury i staje się bezbłędnym robotem. Niezależnie od stanowiska – błędy po prostu się zdarzają. Mi również i nigdy tego nie ukrywałam. Zamiast panikować, wolę skupić się na rozwiązaniu: naprawić co się da, a w razie potrzeby skonsultować się ze specjalistą (np. z księgową).
Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast wyciągania wniosków, przełożony wybiera publiczne piętnowanie i wyolbrzymianie każdej pomyłki. Efekt? W zespole natychmiast rodzi się paraliżujący strach. Pracownicy zaczynają unikać trudniejszych zadań, kombinować jak ukryć potknięcia, a w głowie zostaje tylko jedna myśl: „oby tylko czegoś nie zepsuć”. Stajemy się w biurze saperami, ale kolorów i drucików jest znacznie więcej. A jak powszechnie wiadomo, stres doskonale „pomaga” w koncentracji. Zgodnie z prawem Murphy’ego, paniczny lęk przed popełnieniem błędu najszybciej wygeneruje kolejny.
Warto więc zadać sobie pytanie: czy nie lepiej potraktować pomyłki zespołowo? Zamiast szukać winnego do ukrzyżowania, szef o zdrowym podejściu zapyta: „Da się to jeszcze odkręcić?”, „Usiądźmy do tego razem i naprawmy to jako zespół” albo „Co możemy zrobić, żeby uniknąć tego w przyszłości?”. W nowoczesnym HR dużo mówi się o terminie „psychological safety” (bezpieczeństwo psychologiczne). I słusznie, bo pracownik, który je czuje, po prostu pracuje wydajniej i rzadziej się myli. Tylko że do tego potrzeba szefa z prawdziwego zdarzenia, a nie poganiacza z batem.
Pozycja 2: „Ja tu rządzę i ma być tak, jak chcę!”
Gdy słyszę taką odpowiedź na moją propozycję lub sugestię zmiany, przed oczami staje mi obraz rozkapryszonego dziecka w piaskownicy, które na próbę pożyczenia łopatki reaguje tupaniem nóżką. Oczywiście, jako pracownik nie zawsze wiem wszystko najlepiej. Wiem jednak, że krótka burza mózgów potrafi genialnie przewietrzyć głowę i pozwolić wyjść z ciasnego boksu własnych, sztywnych wyobrażeń.
Pracownik sugerujący inne rozwiązanie to nie wróg systemu, który chce podważyć autorytet szefa czy udowodnić mu brak inteligencji. To po prostu człowiek patrzący na problem z zupełnie innej perspektywy – często tej bliższej codziennej praktyce, a nie arkuszom w Excelu. Pamiętajmy, że nieomylny monarcha i posłuszny chłop dawno odeszli. Szkoda, że niektórzy jeszcze tego nie zauważyli.
Może więc warto czasami kogoś po ludzku wysłuchać? Stosowanie argumentu siły i ucinanie dyskusji hasłem: „Rób, co ci każę!” niesie za sobą dość zabawne konsekwencje. Taki styl zarządzania skutecznie oducza pracowników samodzielnego myślenia. A potem ten sam przełożony, z głębokim zawodem w głosie, narzeka na spotkaniach, że „zespół jest mało kreatywny, nie wykazuje inicjatywy i o wszystko musi pytać”. No doprawdy, zagadka stulecia.
Pozycja 1: „Zawsze możesz się zwolnić” / „Skoro ci się nie podoba, to chyba będziemy musieli się rozstać…”
Nareszcie. Dotarliśmy do absolutnego numeru jeden, mojej „ulubionej” (i bezapelacyjnie najgorszej) odzywki w „szefowskim” repertuarze. Żeby była jasność: nie mówimy tutaj o cywilizowanym, oficjalnym rozstaniu z pracownikiem. Mówimy o sytuacji, w której szefowi kończą się jakiekolwiek merytoryczne argumenty i postanawia wytoczyć najcięższe działa.
To ostatni bastion zarządzania przez strach. Kiedy pracownik zgłasza problem, prosi o podwyżkę albo próbuje postawić granice, w odpowiedzi dostaje brutalny szantaż emocjonalny owinięty w papierek „troski o firmę”. To podręcznikowa bierna agresja.
Najsmutniejsze jest to, że ten mechanizm zastraszania niestety często działa. Pracownik, przyparty do muru wizją utraty płynności finansowej, milknie i wraca do biurka. Ale uwaga – to działa tylko do czasu. Kiedy słyszysz ten tekst po raz kolejny, strach w końcu mija, a w jego miejsce pojawia się zmęczenie i ostateczne wyczerpanie cierpliwości. Bo ile razy można słuchać, że drzwi są otwarte? W pewnym momencie człowiek po prostu przez nie przechodzi i zamyka je z drugiej strony. Bez żalu. Rynek się zmienia i to, co działało w latach 90, już nie działa dzisiaj.
Tym bardziej zaskakujące (i wręcz komiczne) bywają późniejsze żale pracodawców o nielojalności młodego pokolenia czy dramatycznym braku rąk do pracy. Czas wreszcie zrozumieć, że pracownik nie jest niewolnikiem – ma prawo wyboru, a profesjonalna współpraca to zawsze droga dwukierunkowa. Gorąco polecam o tym pomyśleć przy najbliższej okazji, zanim po raz kolejny wspaniałomyślnie wskaże się komuś drzwi.
I na tym zamykam moje osobiste zestawienie 'motywacyjnych' hitów. Który z tych tekstów wywołał u Was największe ciarki żenady? A może Wasz szef stworzył własną, niepowtarzalną kategorię? Dajcie znać w komentarzach – pogadajmy o tym, jak NIE zarządzać ludźmi!









Komentarze