Praca zdalna
- Franciszek Gralak

- 7 cze
- 4 minut(y) czytania
Polacy nie chcą chodzić do pracy. I mają rację, tylko z nie z tego powodu, o którym myślą ich przełożeni.
Polacy nie chcą chodzić do pracy. I mają rację, tylko z niewłaściwych powodów.
Przeczytałem raport opinii pracowników o pracy w 2026 i niedalekie. Kilka statystyk mnie wyjątkowo zainteresowało, ponieważ były przewidywalne i mam wrażenie, że nikt nie wyciąga z nich właściwych wniosków.
Zacznijmy od tej największej: 70 procent Polaków chciałoby pracować zdalnie lub hybrydowo. Tylko co dziesiąty deklaruje, że woli wyłącznie stacjonarnie. Należę do tej dziesiątki. Wiem, wiem.
Przez chwilę miałem ochotę napisać, że to kwestia charakteru, preferencji, że po prostu lubię oddzielać życie zawodowe od prywatnego i potrzebuję do tego fizycznej granicy między miejscami. Ale to byłoby zbyt wygodne wytłumaczenie i nie oddawałoby tego, co naprawdę mówi ta statystyka.
Bo "chcę pracować zdalnie" to odpowiedź na pytanie o formę. Nie o powód.
Pytanie o powód brzmi inaczej: co jest takiego złego w biurze, że 70 procent ludzi nie chce do niego wracać? I tu robi się ciekawiej. Dojazdy? Oczywiście, to realna strata czasu i energii. Ale nie łudźmy się, że to główny czynnik. Gdyby praca w biurze dawała ludziom poczucie sprawczości, sensowne relacje i choć minimum zaufania ze strony przełożonych, większość jakoś by ten dojazd przeżyła.
Praca zdalna daje coś, czego biuro coraz rzadziej oferuje: możliwość kontrolowania własnego otoczenia. Możliwość zrobienia czegoś bez tego, że ktoś stoi za plecami i pyta, dlaczego to jeszcze nie jest gotowe. To jest ucieczka od mikromanagementu, od open space'ów, które są hałaśliwe przez cały dzień, od losowych decyzji zarządu, od rotacji, która sprawia, że za każdym razem kiedy zaczynacie się z kimś dogadywać, ta osoba już odchodzi do innej firmy.
Więc kiedy czytam "70 procent woli zdalnie", czytam tak naprawdę: "70 procent woli nie być w tym środowisku". To jest ważne rozróżnienie, bo firmy, które teraz walczą o powrót do biur, rozwiązują nie ten problem.

Drugi wątek w raporcie, który mnie uderzył, to przebodźcowanie.
85 procent pracowników deklaruje, że przebodźcowanie zmniejsza ich produktywność. Najwięcej wskazań: wiele zadań "na już", chaos komunikacyjny, za dużo spotkań, stała obecność online.
I tu pojawia się coś, co mnie osobiście trochę śmieszy, bo jest tak klasycznie korporacyjne. Problem jest zdiagnozowany, dane są, wszyscy to widzą, a rozwiązanie, które się proponuje, to certyfikowane biura ze standardem WELL, z odpowiednią akustyką i dostępem do światła dziennego.
Innymi słowy: skoro środowisko was niszczy, to ulepszmy środowisko. Nikt nie mówi: skoro środowisko was niszczy, to może zmieńmy sposób, w jaki organizujemy pracę pracowników. To trochę jak leczenie bezsenności lepszą poduszką, zamiast zastanowienia się, dlaczego ktoś w ogóle nie śpi. Przebodźcowanie nie bierze się z tego, że biuro jest hałaśliwe. Bierze się z tego, że kultura pracy w wielu miejscach jest zbudowana na reaktywności. Kto szybciej odpowie na maila, kto jest dostępny w niedzielę wieczór, kto pierwszy wejdzie na spotkanie. To nie jest kwestia akustyki sufitu. I tu znowu wracamy do wątku z pierwszego punktu. Nadmierna kontrola powoduje przebodźcowanie. Zarówno pracowników, jak i przełożonych.
Trzeci wątek jest dla mnie najciekawszy i jednocześnie najbardziej niepokojący.
Z badania ADP na 30 tysięcy pracowników w USA wynika, że tylko 21 procent osób korzystających z AI prawie codziennie deklaruje wysokie poczucie więzi z zespołem. W grupie pracujących z AI rzadziej ten odsetek wynosi 33 procent. Do tego 30 procent intensywnych użytkowników AI myśli o zmianie pracy.
Cytat z raportu: "Sztuczna inteligencja w pracy staje się niezawodnym kolegą, który szybko podsuwa odpowiedzi, pomysły i obliczenia. Mogą na tym cierpieć relacje zespołowe. Nie ma już potrzeby urządzania burzy mózgów, zagadywania osoby z sąsiedniego działu, wymiany informacji." I tu się trochę zatrzymuję, ponieważ tu dane mówią więcej niż komentarz.
Przez lata rozmawiało się o tym, że AI zastąpi pracowników. Tymczasem pierwsze wyraźne skutki są inne: AI nie zastępuje ludzi w sensie dosłownym, ale zastępuje im innych ludzi. Zamiast zapytać kolegę, pytasz chatbota. Zamiast burzy mózgów masz prompt. Zamiast wymiany zdań masz wygenerowane opcje. I to działa sprawnie. Problem w tym, że sprawność nie jest jedyną rzeczą, której ludzie potrzebują w pracy, a system tego właśnie od nich oczekuje, by sprawnie pracowali i rozwiązywali swoje tematy jak najszybciej. W rezultacie są w stanie to zrobić, ale siłą rzeczy AI jest tu najlepszym rozwiązaniem, jednak koszty tego procederu są ogromne.
Poczucie więzi z zespołem, zaangażowanie, chęć pozostania w firmie, to nie są miękkie, trudno mierzalne wartości. To są twarde wskaźniki kosztów rekrutacji, onboardingu i utraty wiedzy organizacyjnej. Firmy, które teraz inwestują w narzędzia AI i nie inwestują jednocześnie w to, żeby ludzie w ogóle chcieli ze sobą rozmawiać, zobaczą rachunek za to za dwa, trzy lata.
I tutaj pojawia się coś, co mnie trochę bawi, ale i drażni równocześnie.
Wróćmy do wątku z początku: duża część Polaków woli pracę, w której ma sztywno ustalone, co robić. Stały etat, stabilność, nawet kosztem elastyczności, wybrałoby 38 procent badanych.
Zestawiamy sobie teraz dwie rzeczy: ludzie chcą stabilności i jasnych granic, ale jednocześnie uciekają z biur, bo tam jest mikromanagement i brak autonomii. Chcą elastyczności formy, ale nie chcą elastyczności obowiązków.
To nie jest sprzeczność, to jest diagnoza. Ludzie nie wiedzą, czego chcą, bo nigdy nie doświadczyli środowiska, które by im to uczciwie zaproponowało. Trafiali albo na sztywne, kontrolujące struktury w biurze, albo na chaotyczną, bezgraniczną dostępność w pracy zdalnej. Nigdy na coś pośrodku, gdzie naprawdę rozumiesz, co robisz i po co, i masz do tego narzędzia inne niż kolejna wideo konferencja.
Piszę o tym od ponad roku w kontekście BoardGame Heaven.
Nie z nostalgii za planszówkami i nie dlatego, że gry to fajne hobby. Piszę o tym, ponieważ gry planszowe jako narzędzie warsztatowe rozwiązują dokładnie te problemy, o których mówią wszystkie te raporty.
Chcesz poprawić komunikację w zespole, który pracuje w trybie "każdy z AI i każdy osobno"? Posadź ich przy stole z grą, gdzie informacja jest zasobem, którym trzeba się dzielić, żeby w ogóle wygrać. Masz problem z tym, że ludzie grają tylko "swój kawałek" bez oglądania się na kontekst? Dobierz mechanikę, która tego nie pozwala.
Chcesz, żeby ktoś w końcu naprawdę podjął decyzję zamiast czekać na to, co powie AI albo co poleci przełożony? Wiesz jak to zrobić (albo zapytaj mnie ;) ).
Świat korporacyjny diagnozuje od lat te same problemy i wydaje pieniądze na coraz ładniejsze biura, kolejne szkolenia z wellbeing i kolejne subskrypcje na narzędzia, które mają "wzmocnić współpracę". Efekty są, jakie są.
Nie mówię, że gry planszowe uratują świat. Ale mam za sobą kilkanaście miesięcy warsztatów i mogę powiedzieć jedno: przy planszy ludzie przestają udawać. I to jest najlepsze środowisko do nauki, jakie znam.
Czas najwyższy wziąć to na poważnie.








Komentarze