Papier czy ekran
- Joanna eS.
- 31 lip
- 12 minut(y) czytania
Znudzona jazdą metrem, spoglądam na młodego człowieka siedzącego w kącie wagonu. Kurczowo trzyma płaskie, podłużne urządzenie, jakby w obawie, że mu wypadnie. Nic dziwnego – pewnie jest wyjątkowo drogie. Co pewien czas przesuwa palcem po ekranie i wczytuje się w kolejne słowa, a delikatne światło rozjaśnia jego twarz. Naprzeciwko siada kobieta w średnim wieku. Z dużej, skórzanej torebki wyciąga lekko obdrapaną książkę. Otwiera ją w miejscu, w którym wcześniej umieściła zakładkę w kwiatki, i natychmiast wraca do świata ulubionego bohatera. Drzwi wagonu otwierają się na moment. Obok mnie staje studentka z teczką na rysunki A3. Z jej słuchawek dobiega głos lektora – słucha „Harry'ego Pottera”, prawdopodobnie czwartej części.
Przyglądam się tej trójce z zainteresowaniem; każda z tych osób jest całkowicie pochłonięta lekturą. Nie potrafię jednak przestać się zastanawiać, co się stało z tradycyjnym, prostym czytaniem powieści i w jaką stronę zmierza ono pod wpływem technologii. W każdej formie najważniejsza pozostaje treść, ale to nie ona przesądza tu o wyborze. To format staje się powodem kłótni i licznych dyskusji. Litery na migoczącym ekranie czy tusz na papierze? Czytanie czy słuchanie? Nad tym debatują dziś czytelnicy.

Wyjątkowo popularne w ostatnich latach stały się e-booki. Nie ma co się oszukiwać – na ich sukces w jakimś stopniu wpłynęły również kopie nielegalnie pobierane z internetu. Taką ściągniętą publikację bez trudu wgrywa się na czytnik i – voilà! – mamy lekturę za darmo. Ostro potępiam piractwo, zwłaszcza w przypadku beletrystyki. Uważam, że za swoje pasje należy płacić albo poświęcić czas na wizytę w bibliotece.
Tutaj pojawia się kolejny ważny punkt – książki elektroniczne również mają swoje biblioteki i wypożyczalnie! W ostatnim czasie ogromną popularność zyskały platformy takie jak BookBeat czy Storytel, oferujące w ramach subskrypcji dostęp do audio- i e-booków. Czasami pojawiają się wprawdzie utrudnienia związane z połączeniem z serwerem, jednak coraz więcej serwisów oferuje możliwość pobrania plików i korzystania z nich offline. Dzięki cyfrowej formie nie trzeba się też martwić o fizyczne zniszczenie egzemplarza. Dodatkowo nową książkę można pobrać w każdym miejscu na świecie. Nie ma więc znaczenia, czy wybraliśmy złą czy dobrą lekturę na wakacje na Teneryfie. Wystarczy dostęp do internetu, aby zmienić ją na lepszą lub wybrać inną po skończeniu poprzedniej.
Mimo że posiadamy wyłącznie plik, e-booki i audiobooki również można wypożyczać. Niektóre platformy, jak Amazon, zapewniają tak zwaną bibliotekę rodzinną lub analogiczne systemy udostępniania pozycji znajomym. Według prawa każdy ma możliwość udostępniania utworów objętych prawem autorskim kręgowi towarzyskiemu i rodzinie, choć to na nas spoczywa odpowiedzialność za to, czy tekst nie zostanie później przekazany dalej w sieci. Legalnie zakupione e-booki posiadają znaki wodne przypisane do nabywcy. Takie pliki najłatwiej podarować innym, ale też łatwo namierzyć ich pierwotnego właściciela (niezależnie od tego, czy to on udostępnił je publicznie, czy ktoś inny). Nie zmienia to jednak faktu, że przy dzieleniu się plikiem lub korzystaniu z systemu „półkowego”, osoba pożyczająca nie musi się spieszyć ze zwrotem – w końcu właściciel cały czas zachowuje dostęp do tego samego tytułu. Jako osoba, która wielokrotnie straciła książki pożyczone znajomym „na wieczne nieoddanie”, muszę docenić możliwość dzielenia się literaturą bez ryzyka uszczuplenia własnej biblioteczki.
E-booków, jeśli znajdują się w internetowym systemie „półkowym”, nie da się zgubić. Można jednak stracić sam plik, jeżeli sklep przesyła publikacje wyłącznie w takiej formie. Z mojego doświadczenia wynika, że te wersje książek giną nadzwyczaj łatwo. Wskazuje na to liczba czytelników, którzy regularnie zwracają się z prośbą o ponowne wysłanie e-booka zakupionego kilka lat wcześniej, ponieważ nie potrafią go już odnaleźć na swoich dyskach. Innym problemem bywa mylenie formatów – między EPUB, MOBI a PDF – oraz zapominanie, który z nich jest obsługiwany przez posiadane urządzenie.
Z pewnością książki tradycyjne nie są narażone na rozładowanie baterii. Choć i w tej sytuacji technologia przychodzi z pomocą – mając swoje pozycje na platformach zsynchronizowanych między różnymi urządzeniami, lekturę można bez problemu dokończyć na laptopie, tablecie, a nawet na telefonie. Dodatkowym atutem jest to, że otwierając plik na innym nośniku, automatycznie zaczynamy od miejsca, w którym ostatnio skończyliśmy. Jest to niezwykle wygodne. Nie da się jednak ukryć, że czytnik, stworzony z myślą o wielogodzinnym wpatrywaniu się w tekst, nie męczy wzroku tak bardzo jak ekran komputera czy smartfona. To jednak kwestia oczywista, nad którą nie ma sensu się rozwlekać. Nie będę też poruszać tematu zakupu czytnika jako dodatkowego wydatku niezbędnego do cieszenia się lekturą, ponieważ urządzenia te stale tanieją, a na rynku bez problemu można znaleźć sprawny sprzęt używany.
Nie ukrywajmy – technologia ma swoje niezaprzeczalne zalety. Warto chociażby zburzyć powszechny mit o psuciu wzroku; nowoczesne czytniki wykorzystują technologię e-papieru, która nie męczy ani nie niszczy oczu tak jak ekrany smartfonów czy komputerów. Te ostatnie działają jak miniaturowe lampki świecące nam prosto w twarz, podczas gdy czytniki same z siebie nie generują takiego światła. Ekran e-atramentu składa się z mikrokapsułek z czarnym i białym barwnikiem, które pod wpływem impulsu elektrycznego układają się w tekst. Zachowuje się on dokładnie tak samo jak zadrukowana kartka papieru – widzimy go dzięki temu, że odbija światło z otoczenia. Nawet jeśli czytnik posiada wbudowane podświetlenie do czytania w nocy, diody LED świecą na powierzchnię ekranu, a nie na twarz, dzięki czemu światło rozprasza się na boki i jest niezwykle łagodne dla wzroku. Ponadto tradycyjne wyświetlacze nieustannie migoczą w tempie, którego świadomie nie rejestrujemy, co jednak zmusza nasze oczy do bardzo ciężkiej pracy. Ekran e-papieru jest całkowicie statyczny – dopóki nie przewrócimy strony, obraz pozostaje nieruchomy, co pozwala zapomnieć o problemie suchości i zmęczenia oczu.
Dodatkowo, nowoczesne urządzenia posiadają chociażby wbudowane słowniki. Oznacza to, że czytając pozycję zagraniczną, bez problemu możemy tłumaczyć nieznane słówka na bieżąco, bezpośrednio w trakcie lektury. Wystarczy jedno kliknięcie, by zobaczyć definicję. Można też łatwo przeszukiwać tekst, gdy chcemy szybko wrócić do jakiegoś fragmentu lub zweryfikować imię bohatera. Słaby wzrok? To żaden problem. Czcionkę da się dowolnie powiększyć, a nawet zmienić wygląd czy styl samych liter. W końcu niektórzy mają już po prostu dosyć popularnego kroju Times New Roman i szukają odmiany.
Inne zalety e-booków wiążą się z zaawansowanymi funkcjami samych czytników lub dedykowanych im programów. W wersjach cyfrowych można robić notatki, nie niszcząc przy tym samej książki. Elektroniczny zapisek bez problemu da się umieścić na marginesie, a po jego skasowaniu strony znów wyglądają na nietknięte. Dla studentów lub pasjonatów, którzy lubią opatrywać tekst własnymi uwagami, to idealne rozwiązanie. Z myślą o tym, że podpis autora, a czasem nawet osobista dedykacja, to dla czytelnika coś wyjątkowego, zaczęły powstawać platformy oferujące cyfrowe autografy. Z informacji dostępnych w sieci wynika, że na rynku pojawiły się już pierwsze czytniki dające taką możliwość. Sama jednak podchodzę do tego sceptycznie. Cyfrowy podpis z jednej strony łatwo sfabrykować, z drugiej zaś stanowi on jedynie technologiczną namiastkę prawdziwego, nakreślonego piórem czy długopisem pisma. Obywatelski obowiązek czytelniczy nakazał mi zapłacić niemałą kwotę za fizyczny autograf Neila Gaimana, ale nie dałabym złamanego grosza za jego elektroniczną wersję. To po prostu nie to samo! Brakuje w tym osobistego ładunku emocjonalnego i poczucia, że trzyma się w ręku prawdziwy dar od autora. Dla wielu czytelników samo stanie w wielogodzinnych kolejkach podczas targów książki czy spotkań autorskich to niezbędny rytuał i ogromna część całej przygody, której nie da się niczym zastąpić. Jestem wręcz przekonana, że dla cyfrowego podpisu nikt nie zdecydowałby się na spędzenie czterech godzin na stojąco w tłumie.
Wielu zalet nie można jednak e-bookom odmówić i nie zamierzam uparcie twierdzić, że wersje cyfrowe są ich pozbawione. Choć dla wielu to „oczywista oczywistość”, o której być może nie powinnam się rozpisywać, fakt pozostaje faktem: tradycyjne książki potrafią być naprawdę ciężkie! Brzmi to może prozaicznie, ale sama czasami, gdy planuję zabrać się na przykład za Talizman Kinga, kilka razy zastanawiam się, czy opłaca mi się go dźwigać. Podobny dylemat mam wtedy, gdy kończę dany tom i wiem, że w trakcie całodniowych podróży komunikacją miejską zdążę go przeczytać. Przecież nie wezmę do torby dwóch grubych książek – muszę „napocząć” nową pozycję wcześniej a starą dokończyć dopiero w domu. Tymczasem czytnik, niezależnie od liczby wgranych na niego powieści czy objętości tomów, nigdy nie zmienia swojego ciężaru. Jest tak samo lekki, gdy czytam kilkustronicowy Rok wilkołaka, jak i wtedy, gdy mierzę się z monumentalną Krainą jaskiń.
Idąc dalej tym tropem, wyprawa na wakacje z czytnikiem okazuje się o wiele prostsza. Podczas gdy ja muszę upychać w walizce kilka lub nawet kilkanaście tradycyjnych tomów, właściciel urządzenia elektronicznego wgra ich o wiele więcej, zachowując w bagażu miejsce na inne rzeczy. Wylot za granicę, kiedy walizka musi spełniać restrykcyjne limity wagowe linii lotniczych, stanowi poważne wyzwanie dla kogoś takiego jak ja – osoby, która czyta namiętnie i dla której literatura to główne centrum rozrywki.
Jednak i tutaj, jak to w życiu bywa, kij ma dwa końce. Wakacje często wiążą się z plażowaniem, wodą i urokami kurortów. Piasek wpadający do wnętrza urządzenia elektronicznego potrafi je bezpowrotnie zniszczyć lub porysować. Podobnie jak ziarenka piasku w aparacie uszkadzają obiektyw i dostają się na matrycę, tak samo ucierpieć może delikatny ekran czytnika. Trzeba więc pogodzić się z tym, że elektroniki na plaży należy pilnować, a tradycyjnej książki już niekoniecznie. Piasek między stronami? Nic się nie stało – wystarczy dmuchnąć i problem znika. Nawet jeśli papier się zamoczy, książka wprawdzie straci na urodzie, ale w większości przypadków nadal będzie zdatna do użytku. Tymczasem mało który czytnik jest w pełni wodoodporny. Nie wspominając już, rzecz jasna, o złodziejach, którzy znacznie rzadziej połaszą się na papierowy tom niż na technologiczne świecidełko. Z drugiej strony książki papierowe niezwykle łatwo niszczeją – ulegają zagięciom, podarciu, ich grzbiety nieestetycznie się łamią, w torbie szybko się brudzą, a na półce po prostu kurzą. I weź tu bądź mądry.
Wybór między papierem a ekranem to jednak nie tylko kwestia odporności na piasek, ale też... dyskrecji. Jeśli szukać kolejnych plusów e-booków, sprawiły one, że czytanie stało się czynnością o wiele bardziej intymną. Na ekranie czytnika nikt nie zobaczy, co aktualnie czytamy. Można oczywiście założyć na tradycyjną książkę obwolutę z gazety, aby ukryć tytuł i zabezpieczyć okładkę, ale ta szybko się niszczy. Czytnik daje nam pełną swobodę. Możemy bez skrępowania czytać „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, a i tak nikt się o tym nie dowie, dzięki czemu unikniemy karcących lub zaciekawionych spojrzeń współpasażerów. Z drugiej strony tracimy szansę na to, że kogoś zaintrygujemy wybraną lekturą – wszystko zależy więc od tego, czego oczekujemy i czy w ogóle przejmujemy się opinią innych.
Nie da się też zaprzeczyć, że to dzięki e-bookom (zarówno tym z legalnych źródeł, jak i z szarej strefy) mamy szansę zetknąć się z rzadką literaturą, której nakład już dawno został wyczerpany. To samo dotyczy starszych pozycji oraz literatury zagranicznej. Wielokrotnie słyszę też opinie moich przyjaciół, którzy twierdzą, że bez internetu studiowanie byłoby o wiele trudniejsze. Podręczniki akademickie bywają absurdalnie drogie, a ponieważ są potrzebne zaledwie przez kilka miesięcy, ich zakup jest często nieopłacalny. O ile nie uda się – tak jak mi w przypadku „Historii kina klasycznego” – nabyć ich za symboliczną kwotę na rynku wtórnym, studenci nierzadko czują się zmuszeni do korzystania z nieoficjalnych kopii. Jeszcze niedawno uniwersyteckie punkty ksero pękały w szwach, umożliwiając kopiowanie wybranych stron podręczników; dziś te papierowe skrypty powoli odchodzą do lamusa, zastępowane przez pliki PDF krążące na studenckich grupach. Na szczęście niektóre oficyny, jak Wydawnictwo Naukowe Scholar, postanowiły sprzedawać podręczniki na rozdziały w formacie PDF, co okazuje się strzałem w dziesiątkę. Wydanie kilku złotych nie stanowi wielkiego wyrzeczenia, a potrzebny materiał naukowy otrzymujemy w pełni legalnie.
E-booki, ze względu na zupełnie inny proces produkcji i dystrybucji, nie tylko generują mniejsze koszty poprzez ograniczenie zużycia surowców oraz brak konieczności magazynowania (pomijając w tym miejscu kwestie praw autorskich i licencji). Są one również znacznie bardziej ekologiczne, ponieważ ich powstawanie nie wiąże się z wycinaniem drzew na papier. Owszem, technologia wymaga energii elektrycznej, ale to, z jakich źródeł ją czerpiemy, to już temat na zupełnie inną dyskusję.
Kolejną formą książki, która w ostatnich latach zrewolucjonizowała rynek, są audiobooki. Całkowicie odmieniają one sposób obcowania z treścią – o ile e-book i tradycyjny wolumin to w gruncie rzeczy ta sama forma podana na innym nośniku, o tyle wersja audio angażuje zupełnie inne zmysły. Otwiera to drzwi do świata literatury osobom, które na tradycyjne czytanie nie mają czasu, za to chętnie słuchają opowieści podczas jazdy samochodem, sprzątania domu czy uprawiania hobby. W tym przypadku nie ma tekstu ani liter, a grafika nie musi już zdobić fizycznej okładki, pudełka płyty CD czy – jak to bywało dawniej – magnetofonowej kasety. Dzisiaj cyfrowe okładki audiobooków są po prostu kopiami wydań papierowych, co ułatwia identyfikację tytułu i symbolicznie zbliża je do tradycyjnych braci.
Ponieważ audiobooki odbiera się zupełnie inaczej niż tekst pisany, wiążą się z nimi również nowe wyzwania. Typowi wzrokowcy często nie potrafią skupić się na treściach wyłącznie zasłyszanych i gubią wątek. Sama mam tak w przypadku pozycji naukowych, wymagających głębszego przetworzenia informacji, za to beletrystyka nie stanowi dla mnie żadnego wyzwania. Jako dziecko wręcz zasłuchiwałam się w kupionym przez moją mamę audiobooku „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Słuchanie książki – niezależnie od tego, czy jest ona czytana przez rodziców, czy przez profesjonalnego aktora – rozwija u najmłodszych wyobraźnię i ma ogromny wpływ na ich późniejszą kreatywność. Stanowi to więc potężny atut w kontekście rozwoju dzieci. Co prawda pojawiają się badania wskazujące, że znacznie większą wartość dla rozwoju malucha ma bezpośrednie czytanie przez rodzica niż odtwarzanie głosu z bezdusznego urządzenia, ale to już temat na zupełnie inny artykuł.
O ile wybór czcionki i jej rozmiaru stanowi jeden z najistotniejszych aspektów odbioru książek „czytanych”, o tyle w przypadku audiobooka kluczowa okazuje się magia głosu lektora. To często właśnie interpretacja aktora sprawia, że chętniej słuchamy danej pozycji lub mocniej wciągamy się w fabułę. Oczywiście, dobry aktor potrafi zmienić dobrą książkę w arcydzieło, a zły lektor może zepsuć nawet bestseller. Nazwisko znanego lektora bywa też ogromnym atutem marketingowym i przyciąga rzesze słuchaczy.
Co więcej, współczesny rynek audiobooków oferuje coś znacznie bogatszego niż tylko głos jednego lektora. Mowa o nowoczesnych superprodukcjach audio, realizowanych z prawdziwie hollywoodzkim rozmachem – od precyzyjnego podziału na role aktorskie, przez oryginalną muzykę filmową, aż po realistyczne efekty dźwiękowe, takie jak odgłosy burzy, kroków czy wystrzałów. To unikalne doświadczenie kinowe z całkowitym pominięciem obrazu – ale od czego w końcu mamy wyobraźnię? Nic dziwnego, że na tego typu słuchowiska platformy takie jak Audioteka czy Storytel przeznaczają dziś ogromne budżety, tworząc z nich pełnoprawne dzieła sztuki.
Należy również pamiętać o osobach starszych, które z racji słabnącego wzroku mogą mieć ogromny problem z tradycyjną lekturą. W ich przypadku audiobooki okazują się niezastąpione – zapewniają im stały kontakt z literaturą, co z kolei stymuluje mózg do pracy i pozwala na dłużej utrzymać sprawność umysłową. Format ten jest jednak zbawieniem także dla młodszych pokoleń, na co dzień zmęczonych wielogodzinnym wpatrywaniem się w ekrany w pracy. Dla nich wieczorne słuchanie to idealne wytchnienie – okazja, by w absolutnym spokoju, a nawet w całkowitej ciemności pod zamkniętymi powiekami, bez wysiłku chłonąć kolejne opowieści.
Dlaczego więc – mimo że tak bardzo doceniam zalety wydań cyfrowych – nadal uparcie obstaję przy tradycyjnej formie książek? Pominę milczeniem fakt, że stare stronice cudownie pachną, a sam ich wygląd magnetyzuje – to zbyt oczywiste, by o tym dyskutować. Klasyczne woluminy mają w sobie niepowtarzalny urok, który w jakiś sposób przelewa się na odbiór samej historii. Choć tekst pozostaje ten sam i teoretycznie powinien wywoływać identyczne emocje, w papierowej oprawie rezonuje we mnie zupełnie inaczej. Nie będę też rozwodzić się nad tym, jak pięknie książki prezentują się na półkach. Odpowiednio wkomponowane w przestrzeń mieszkania zyskują ogromny walor estetyczny i dekoracyjny. Nie ukrywam, że choć dawno wyrosłam z tendencji do zbieractwa, to eksponowanie przeczytanych tomów wciąż leży w mojej naturze i sprawia mi ogromną przyjemność.
Co ciekawe, istnieje japońskie określenie tsundoku. Dotyczy ono nawyku kupowania książek i układania ich w stosy, nawet jeśli nie ma się czasu na ich natychmiastowe czytanie. Wielu moli książkowych bez trudu utożsami się z tym zjawiskiem. Sama posiadam pokaźną liczbę nieprzeczytanych jeszcze tomów, choć wciąż dzielnie staram się tę stertę zmniejszać! Istnieje również pojęcie bibliofilii, które opisuje głęboką pasję do zbierania, czytania i otaczania się książkami. W tym ujęciu wolumin to nie tylko nośnik treści, ale i wartościowy przedmiot sam w sobie. Pojawia się jednak pytanie, czy w świecie cyfrowym zjawiska te nie uległy modyfikacji – czy da się być „wirtualnym” bibliofilem posiadającym tysiące plików na dysku?
Mam również wrażenie, że czytając na urządzeniach, które obsługują jednocześnie setki innych aplikacji (czyli głównie na smartfonach) nieustannie zmagamy się z problemem wyskakujących powiadomień. Osobiście staram się konfigurować system tak, aby gry czy media społecznościowe nie rozpraszały mnie ciągłymi alertami i nie zmuszały do bezwiednego zerkania na ekran. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze coś w końcu mignie lub zabrzmi. Podczas lektury nieuchronnie prowadzi to do dekoncentracji i wybija z rytmu. Pod tym względem dedykowane czytniki e-booków stoją po tej samej stronie barykady co tradycyjna książka – z reguły pozbawione są rozpraszaczy, komunikatorów czy dostępu do skrzynek mailowych, dzięki czemu gwarantują upragniony święty spokój.
Zarówno papier, jak i minimalistyczny ekran czytnika umożliwiają o wiele pełniejsze oderwanie się od świata – zwłaszcza jeśli na czas lektury całkowicie wyciszymy lub odłożymy telefon. Badacze i psychologowie coraz głośniej alarmują, że przez przebodźcowanie smartfonami zatracamy umiejętność tzw. głębokiego czytania, czyli długotrwałego skupienia się na jednym, linearnym tekście. Tradycyjny papier lub wyspecjalizowany e-papier wymuszają na naszym mózgu powrót do tej zdrowej formy koncentracji, pozwalając nam na prawdziwy, cyfrowy detoks.
Jak widać, wszystkie trzy formy mają swoje wady i zalety. Główna oś sporu i rywalizacji przebiega jednak między e-bookami a ich papierowymi odpowiednikami. Audiobooki, z racji zupełnie innego sposobu odbioru, wpisują się raczej w dyskusję o przenośnych odtwarzaczach, podcastach i wkraczaniu z literaturą w sferę codziennych, fizycznych czynności.
Nie da się też uciec przed refleksją, że e-booki mogą ostatecznie zdominować rynek i zepchnąć papier do defensywy. Wersje tradycyjne prawdopodobnie staną się towarem elitarnym, kolekcjonerskim – niczym dzisiejsze płyty winylowe. Na razie jednak pozostajemy w stanie fascynującego zawieszenia. Woń zadrukowanych stron wciąż przyciąga, ale wygoda posiadania setek pozycji w jednym małym urządzeniu bywa niezwykle kusząca. Wszystko staje się relatywne, zależne od kontekstu, miejsca i sytuacji. Wygląda na to, że powinniśmy cieszyć się obecną chwilą, póki książki papierowe są tak powszechne i względnie tanie – nikt bowiem nie wie, kiedy ta klasyczna forma okaże się trudnym do zdobycia, luksusowym rarytasem.
Gdy wagon metra wreszcie zatrzymuje się na mojej stacji, wysiadam z uśmiechem. Patrzę po raz ostatni na studentkę poprawiającą słuchawki, kobietę ostrożnie wkładającą papierowy tom do torby i chłopaka blokującego ekran czytnika. Niezależnie od tego, czy wolimy szelest kartek, lekkość plastiku, czy głos płynący ze słuchawek – najważniejsze, że w tym pędzącym świecie wciąż chcemy na chwilę zniknąć w cudzych historiach. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.








Komentarze